niedziela, 21 grudnia 2008

33 sceny z życia

no zobaczyłem, w zeszły piątek
pełna sala w feminie, zaciekawienie
film ogólnie obeznany i opisany - śmierć
a wg mnie to film o miłości, a w zasadzie jej braku
rodzicielskiej, partnerskiej, tej na co dzień
jak to powiedziała E. - film na plus
bo to dobry film jest
a dla A. która bardzo wybredna jest - kompletny
że brak poczucia tragizmu? smutku w obliczu śmierci?
nie do końca, po prostu obserwacja
nie wszyscy muszą okazywać cierpienie, za to mamy odniesienie do śmierci najbliższej
tej która dała Ci życie
to może prowokować dezorientację
absolutnie nieszablonowa, ale z gruntu prawdziwa rejestracja
nie mój film favorito, ale dobre polskie kino

4 komentarze:

K pisze...

Macin!O braku miłości? Nie zgadzam się. Przecież tam się prawie wszyscy bardzo kochają, a śmierć tylko tę miłość unaocznia.

ela pisze...

A ja mysle ze to film o braku, ale wcale nie milosci, bo ona tam zdecydowanie jest lecz braku jezyka do wyrazenia tej milosci, braku rytualow, pustce, w ktorej zostaje tylko absurdalnosc smierci. Osobiscie mi troche tej rozpaczy brakowalo. Nie zeby bylo pompatycznie-egzaltowanie-wzruszajaco, ale zeby ten nonsens choc troche byl podprawiony emocjami, czyms ludzkim. A tak jest sucha, nieobecna obserwacja, ktora zuplenie nie wspolgra z faktem, ze jednak czuc te bliskie i cieple relacje rodzinne (vide: pierwsza scena). Ale podtrzymuje ze film na plus:) Nawet wielki PLUS - za zarejestrowanie absurdu zycia i smierci wlasnie.

mr. ozu pisze...

hmm, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem w kinie na tym samym filmie, w krótkim odstępie czasowym (przychodzi mi do głowy jesień 1994 i Natural Born Killers), ale chyba pójdę jeszcze raz na sceny, przyjrzę się mu przez Wasze szkiełka

zima pisze...

mysle, ze ela ma racje mowiac o tym braku rytualow....wg. mnie, oczywiscie jest milosc w tej rodzinie, ale to co jest jej spoiwem i spoiwem malzenstwa julii, to zanurzenie w swiecie sztuki, idei, ktore w obliczu prozaicznej i brutalnej choroby, agonii ciala i ducha nie znajduje zastosowania ani nie daje oparcia. Relacje rodzicow miedzy soba, rodzicow z julia i wreszcie julii z jej mezem sa faktycznie bezposrednie, pelne milosci i ciepla ale pozbawione w duzej mierze takiego tradycyjnego wpisania w role : matka/zona-ojciec/maz-dzieci. Najlepiej to widac na przykladzie siostry julii (iza kuna) i ich przyrodniego brata. Obydwoje byli poza tym „ukladem”, i to wlasnie oni, w takim ogolnoludzkim pojeciu „najlepiej” radza sobie z cala sytuacja. Siostra julii –kaska, bedaca wczesniej troche na marginesie rodziny i fizycznie (co mimochodem wypomina podczas kolacji na tarasie) i, o czym dowiadujemy sie z rozmowy matki z julia, poza rodzinnym „kregiem wybitnych artystow”, ona wlasnie najlepiej odnajduje sie w roli opiekunki umierajacej matki, dla niej zupelnie oczywiste jest, ze nie ma teraz nic wazniejszego, jak tylko przyniesc jej te „cholerne ciastka” a nie fotografowac nowotwory pod mikroskopem.. albo krzysiek, dentysta (?), ktory po prostu sie.... poplakal- jak dziecko...
nie jest moim zamiarem jednak w zaden sposob wrtosciowanie tych relacji czy postaw. nie chodzi mi o to, ze ktos kogos kochal mniej lub bardziej a ktos inny bardziej rozpaczal...chodzi mi przede wszystkim o to, ze nie mamy wzorcow jak sie w takiej sytuacji zachowac, sytuacji choroby, smierci, zaloby.... oczywiscie kazdy przezywa to indywidualnie, ale jestesmy w jakis sposob odarci z rytualow,(takie placzki np-fantastyczny katalizator uczuc i prosty sygnal-tak cierpimy i brak nam zmarlego!) ktore przez tysiace lat pozwalaly przejsc przez ten straszny czas...stad, mysle, tyle nieporozumien na temat tego filmu...znakomitego zreszta!
ps. w linku przepiekny wiersz norwida - muzycznie.

http://www.youtube.com/watch?v=e_U6YVh8OfU