Pokazywanie postów oznaczonych etykietą woody allen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą woody allen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

O północy w Paryżu / Skóra, w której żyję

Woody Allen jest ok. Do filmu podszedłem sentymentalnie, ze względu na świeżość paryskiego powietrza w nozdrzach. Rozrywka, Owen Wilson świetnie odgrywa rolę alter ego okularnika z Manhattanu. Niedługo pewnie odejdzie, tak, śmierć się wychyla. Dobrze by było poprzenosić się w inne rejony czasowe, ale na razie możemy tylko połknąć i ugryźć kolejną sekundę.

Skóra pana Almodovara wynudziła mnie, nie czekałem na rozwój intrygi, dość szybko zobojętniałem. Nie znając wcześniejszych filmów, można polubić przewrotność pomysłów reżysera, ale mnie ona nie pociągnęła tym razem. Natomiast jak w wielu jego filmach smakowałem i tym razem kadry, w których były zatrzymane kompozycje, kolory, zwłaszcza z wnętrz. Geometria i barwy.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Co nas kręci, co nas podnieca

Niedzielny przedpołudniowy seans, wiosna w mieście, głowa zrelaksowana a nieskora do powagi taki film przyjmuje w takich warunkach z radością. Jak niektórzy częstą wizytę w teatrze 'Kwadrat' bądź 'Komedia', gdzie szeptem chwalą się, że rozpoznają kolejnych Mroczków, Lubiczów czy inne Ule. Tak ja rozpoznałem z płytką (ale jednak rozległą) przyjemnością neurotyczne trajkotanie starego Allena. O niebo, moim zdaniem, lepsze niż Vicky, skupienie na gadaniu, bez efekciarskiego otoczenia, czy podkreślania urody aktorów. Za to mnie taki Nowy Jork bardziej przyciąga i pociąga niż pocztówkowa Barcelona.

W ogóle ten film jest teatralny, ale powtórzę - w tej konwencji było miło. Bez puent, opisów ni analiz - film mnie nie znudził, nie rozczarował (bo niczego nie oczekiwałem?). Takiego kina czasem też potrzebuję.

czwartek, 14 maja 2009

Vicky Cristina Barcelona (la peli*)

Zamiast dokumentów - znów Barcelona, ostatnio zawładnęła mną dość bezceremonialnie i wreszcie dotarłem do Feminy dziś na 21.00. Rzeczywiście to jest słaby film.
Plusy dodatnie
są takie:
- największy plus (i można by przy nim tylko zostać) to piosenka. Pisałem o tym już.
- malownicza oczywiście Barcelona, ale aż do przesady, wręcz nachalnie eksploatowana, z kadrami pełnymi miejsc z przewodników. A dlaczego? A dlatego, że mimo kontrowersji, które budziło to w Katalonii, 1 mln € publicznych środków dał na film Ajuntament (ratusz) Barny** a kolejne 0,5 mln € dorzucił Generalitat czyli rząd kataloński. Razem: 10 % budżetu filmu, więc stąd charakter promocyjny produkcji Woody'ego Allena :)
- Pe czyli Penelope - mam do niej nieukrywaną słabość, lubię jej akcent i jest tu dobra, ale zaraz Oscar? Przesada.
- Javier Bardem - w porzo, ale zagrał na kompletnym lajcie
- jak nie ma Allena, to ktoś go jednak musi reprezentować i tu ma tę rolę Vicky. Da się strawić.

Widać, że i te plusy dodatnie mają tendencje lekko w dół.

A plusy ujemne? Proszę bardzo:
- historyjka nijaka, znaczy niby ważka, a jednak nieważka (tylko ćma)
- gdzie ten Allen? No gdzież ten woltyżer słowa i sytuacji życiowych?
- Scarlett Dżohanson (ja raczej mówię Johanson ale Amerykanie się uwzięli...) - zafrapowała mnie w Między słowami, ale jak się okazuje, chyba głównie dlatego, że niewiele mówiła. Teraz, jak tylko rozchyli swoje zmysłowe usta i niestety wypowie się - budzi moją irytację. Taki kwiatek, maskotka dla całej reszty.
- kompletnie niewiarygodne, głupio uzasadnione zmuszanie do konwersacji w języku angielskim Marii Eleny. Po prostu sztuczne. Daremne.
- narracja - dżizas, por favor! Łopatologia, na skróty i dla leni. Żeby chociaż sam reżyser tym się zajął - mogło być atrakcyjniejsze, wprowadzić jakiś smaczek.

Czekałem, to i obejrzałem, zaległości narosło, czas tak pomyka, myk myk.

*skrót od la pelicula - film po hiszpańsku
** Barna lub BCN - tak w skrócie mówi się o Barcelonie. Nie - Barça, bo Barça to w skrócie FC Barcelona, czyli klub, a właściwie więcej niż klub (més que un club), jak głosi hasło.

czwartek, 5 lutego 2009

Vicky Cristina Barcelona

Czekam i na ten film - nowy Woody Allen. Nie że jakoś tak bardzo, bo forma u Miszcza ostatnio różna, ale tu akurat pewnie o nią zadbają Penelope Cruz, Javier Bardem i Barcelona. Ok, wiem, jest jeszcze pani Johansson (nie mogę się przyzwyczaić do wymowy dżohanson), która też estetycznie oprawia. Według niektórych, a nawet sporej ich większości.

Zapowiedź filmu dla chętnych (le trailer z ukłonem ku frankofonom) aqui.

Inspiracją dla posta było jednak co innego - motyw przewodni, tlący się w tle utwór zespołu Giulia y los Tellarini.



Uwaga - anegdotka pt. "Jak kreować rzeczywistość". Dziewczyna jednego z muzyków zostawiła nagranie demo z piosenką w recepcji hotelu, w którym mieszkał reżyser. Z prośbą o przekazanie mu. A co tam! Pozostali członkowie zespołu nic nie wiedzieli o spontanie. I po paru tygodniach zespół dostał mejla od producentów, że bardzo pięknie, Allen zakochał się w muzyce i tak dalej. Zaskoczenie było ogromne, radość i uśmiechnięty los. No risk no fun.

PS. Dziś jakaś taka wielojęzyczność mi się włączyła. Sorry.