wtorek, 4 stycznia 2011

Moon

Uff... Odetchnąłem. Nie obejrzałem tego filmu ani na 25. WFF ani kiedy wszedł do kin (choć to całkiem niedawno było), ale udało mi się od niego zacząć 2-0-2.

Oooo, bardzo przyjemnie.

Po pierwsze zaczęło się od czołówki - małe dziełko może nie arcy, ale dopracowane, precyzyjne, wprowadzające w estetykę filmu.

Po drugie - właśnie estetyka. Sci-fi w starym stylu, lekko przybrudzona, chropowata, prawie monochromatyczna. Prosta, skuteczna. Świetny robot-opiekun Gerty (z hipnotycznym głosem Kevina Spaceya).

Po trzecie - historia. Intrygująca, oszczędna, zaskakująca.

Po czwarte - do przemyślenia. Ja akurat nie zastanawiałem się (wiem, że są tacy, co się szyderczo uśmiechną...), co by oznaczało w praktyce sklonowanie. I tu ten temat jest ciekawie wprowadzony.

Po piąte - muzyka. Od razu nuta wpadła mi w ucho przygotowane przez Darrena Aronofsky'ego - tak, to Clint Mansell i jego kosmiczno-dźwięczno-stalowa melodia.

A to że ojcem reżysera jest David Bowie to zupełnie w tym przypadku marginalne (dla filmu, bo dla marketingu pewnie nie...).

czwartek, 30 grudnia 2010

Mr. Nobody

Ja chcę iść na produkcję hollywoodzką! Tak zakończyłem seans wczorajszy.

Nienawidzę spóźniać się na filmy, ale trochę posypało, pograłem w piłkę i kwadrans za nami. Ale miły Pan Bileter opowiedział - na początku był wodór a potem Wielki Wybuch. Miło z jego z strony, prawda?

Niestety potem było gorzej - po co to taki film robić? Żeby pokazać, że może być różnie w życiu? W zależności od wyboru? To już było i lepiej... Że może są inne wymiary, również czasowe i jak to może wyglądać? Nudaaaaaa!!!

To mieszanie czasów, postaci bardzo irytuje, nic nie wnosi i wciąż prowokuje pytanie - ale po co?!

Zdjęcia ładnawe, efekty specjalne i wizualne - wtórne, nużące...

Jednym słowem - porażka.

Wiele filmów mnie ominęło, a ten wybrany na koniec - znużył. Jestem przekonany, że w Nowym, zaraz za rogiem coś znajdę ciekawego. Nie ma pustki.

środa, 29 grudnia 2010

Zwerbowana miłość

Oj, w tym roku to słabo z pisaniem, bardzo rzadko, zresztą wizyty w kinie też sporadyczne. Inne sprawy, inne.

Fejsbukowo wygrałem (ale sukces, o matko!, kto-pierwszy-ten lepszy...) zaproszenie na pokaz "Zwerbowanej miłości". Zapowiadał się przyjemny kryminał, z epoką w tle.

Nuda, ani specjalne zwroty akcji, ani suspens... Oparte na faktach, ale jakoś nie bardzo to zainteresowało kogokolwiek, żeby jakiś odzew w prasie był. Czyli nieważne?

Malowanie tła - sztampowe, Lady Pank itp...

Szkoda czasu, jak będzie w tv - można jednym okiem. Drugim - dla Joanny Orleańskiej, dobra gra.

wtorek, 28 września 2010

Matka Teresa Od Kotów

Film zirytował, pozostawił rozdrażnienie, a nie odpowiedzi. Co z tego, że reżyser tłumaczył, że niby on tak specjalnie, takie niedomówienia i bla bla bla.

Tropy są podrzucane, ale bez dopowiedzenia, nawet zawoalowanego. Naprawdę nie potrzebuję dużych liter od razu, ale żeby to sens jakiś miało, a zwłaszcza, że autor miał ambicję wytłumaczenia czegoś, pokazania zła. Słabo to wyszło. Że wojna? Że może molestowanie? Że psychotronika? Szaleństwo?

Kościukiewicz gdzieś między Leo Di a Marlonem Kowalskim z Nowego Orleanu. Się sprawdza, ale jako wyabstrahowany element pod tytułem gra aktorska, postać filmowa, ale nie integralny składnik tej historii. Że niby szaleństwo z czarną magią w mixie? Nie nie, nie kupuję tego.

Choć forma atrakcyjna, to zawartość ulotniła się.

Największa żenada? Scena pielgrzymki: po co, fatalnie niewiarygodne, sztuczne i na dodatek w scenerii mostu warszawskiego tak często wykorzystywanego w serialach czy komediach romantycznych. Naprawdę tam to trzeba było kręcić? I te szpilki... Scenariuszowe dziadostwo.

ps. Cieszę się, że Michał Oleszczyk na Ostatnim fotelu wyraził już podobną opinię, dużo zgrabniej, więc odsyłam z czystym sumieniem (po prawej stronie od bloga patrz i klikaj).

Warszawski Festiwal Filmowy

No i znowu październik tuż tuż i kolejny WFF przed nami.

Od dziś pełny program na stronie.

Zachęcam, polecam, zapraszam.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Incepcja

Po pierwsze: nie ma takiego słowa w języku polskim, no niestety, kalka i po co? Żeby ciemny lud od razu wiedział, że chodzi o TEN słynny film?

Po drugie: słynny film (już zanim powstał)?! Tylko to ciśnie mi się na usta: wiele hałasu o nic. Przerost formy (i famy) nad treścią.

I dalej: obsada a priori - bomba. Hmmm... Di Caprio lubię, gra tak, że z ciekawością się na niego patrzy. Cillian Murphy - ta twarz, ta demoniczno-psychotyczna twarz... Tyle dobrego.

Próbuje to wszystko być stylowe, metafizyczne, wieloznaczeniowe, a to nawet nie jest jakaś rewelacyjna rozrywka. Nawet takiej prostej osobie jak ja kompletnie nie sprawia trudności utrzymanie się w kilku warstwach naraz. Bo nie ma w nich zagwozdek, uników, zaników i prześwietleń oraz zaburzeń. I o matko moja! Te strzelaniny! A ja przecież lubię strzelaniny... Ale tu za każdym razem kłopoty = sieczka z broni palnej...

No i znaczący podkład dźwiękowy (tik tak), znaczące imię (u Wachowskich to Morfeusz COŚ znaczył), film o niczym. Ok - o niczym w porównaniu do tego, o czym rzekomo miał być, nowatorski, ważki itp.

Ciekawe czy będzie Incepcja 2 ? ;)

Na obronę (delikatną) niech będzie to - sugestywnie wpłynął na śnienie...

piątek, 20 sierpnia 2010

Poważny człowiek

Alem leniwy tego lata, a może aktywny inaczej po prostu?

Ostatni film Coenów jest z tych, które zostawiają w głowie absurdalne dialogi i scenki, parę śmiesznych puent do-powtarzania-sobie-między-tymi-co-widzieli (accept the mystery), no i jest rozrywką z klasą, zwłaszcza w czas (jedno z ulubionych teleekspresowych zwrotów) letniej kanikuły.

Wesoło, inteligentnie, przyjemnie.