swieta swieta i po swietach - tak bym podsumowal 10 (z lekkimi odchyleniami) festiwalowych dni. niesamowity czas, kolejna podróż dookola swiata bez ruszania sie ze stolicy (nie wiem czemu, ale polska czcionka raz sie pojawia a raz znika - purystow prosze o wybaczenie). i adrenalina i alkohol. jedno mieszalo sie z drugim, neutralizowalo sie nawzajem, co z dodatkiem euforii, wysilku fizycznego, przeplywem pradu przez zwoje odpowiedzialne za konwersacje w jezykach obcych, gigabajtami informacji plynacych wte i wewte dalo efekt wielce satysfakcjonujący.
choć zabraklo mi doznan stricte filmowych - tylko jeden seans (nie liczę fragmentów estarhazy'ego z otwarcia). na zakonczenie, w tlumie (najwieksza sala kinowa w Polsce wypelniona po brzegi), na schodach. ZERO. film bardzo sprawny, zwlaszcza do pewnego momentu, najważniejsze mialo byc pierwszych 5 minut (tak ktos twierdzil...), wiec wytezylem swoja uwage, skupilem sie, po czym w 35 minucie zorientowalem sie, ze czas minal. to znaczy - historia mnie wciagnela, nie rozwinela sie na poszczegolne watki, tylko do konca, konsekwentnie byla prowadzona w ten sam berek-sposob. ale w zwiazku z tym brakowalo (w koncowce) swiezosci, niektore motywy byly niejako wymuszone. zeby sie dopielo, trzeba bylo wciagnac brzuch. ale sie dopielo.
na dodatek swietny casting, muzyka, technika i smaczki. luksusowe wnętrza, ale nie cukierkowo-karmelkowe jak z rodzimych komedii romantycznych, bardziej stalowe i zimne, a z drugiej syf (wyobraźcie sobie jak musi smierdziec w furgonetce - nie powiem czyjej, sie domyslicie, jak obejrzycie).
momentami twarde, brutalne wydarzenia. wiem porownywanie jest niefajne, ale amores perros narzucilo mi sie automatycznie. ciekawe i polecam.