wtorek, 16 lutego 2010

Wszystko Co Kocham

Bardzo przyjemnie, z czułością wobec bohaterów, przedstawiona historia kilkunastu miesięcy młodości. To już było powiedziane: pierwsza miłość, muzyka, bunt. Czyli klasyk. Ale czasem można zarżnąć i klasyka, a Borcuchowi gra tymi trzema elementami wychodzi świetnie. Jest i wielka historia w tle, ale wszystko pokazane z perspektywy jednostki. Dlatego nie zgadzam się z Krzysztofem Vargą, który w swoim felietonie w DF krytykuje landrynkowaty obraz punka w WCK. Ale w filmie nie chodzi ani o przedstawienie jak to z punkiem drzewiej było, ani o jednostkę wobec Historii (bo i takie zarzuty słychać). Reżyser mówi i podkreśla to - tacy byliśmy, to nas kręciło, taki był kontekst. Nie ma ambicji przedstawienia roli punka w życiu młodzieży w okresie stanu wojennego...

Nie dziwię się, że film był pozytywnie odebrany w Sundance i w Rotterdamie. Jest uniwersalny, dużo naturalności, trochę niuansów. (Na marginesie - dziwaczna notatka w 'Gazecie' podsumowująca amerykański festiwal: autor sam pisze, że film taki właśnie miał odbiór, ale nie wiedzieć czemu tytułuje materiał: Borcuch przepadł w Sundance. Ręce opadają...).

Skok na końcu w wolność na murze - wtedy ten gest był ryzykowny, odważny, bez pewności, że się do niej doskoczy. Właściwie tylko z wiarą i nadzieją. Dziś wiemy, oglądając film, że mieli rację, że było warto. Ale tylko z naszej wygodnej perspektywy możemy być tego pewni. Ja to pamiętam (jeszcze), ale żeby młodsi czuli kontekst, powinni to wiedzieć. Przynudzam po dziadowemu? Trudno, może to przez chorobę, fervex i tym podobne wiktuały.

ps. a dla punks not dead - zdecydowanie polecam najświeższą urodzinową audycję Henry'ego Rollinsa (w prawym górnym rogu link - Broadcast 50).

Brak komentarzy: